BaBa z Gdańska. Spektakl z przytupem

Najlepszy Blog na Świecie*

Veni vidi vici. Siadłam z ekipą, napisaliśmy projekt i wygraliśmy. Mamy to. 22 lutego w Gdańsku zrobimy taką wiksę, jakiej świat nie widział. Wiksę dla psychopatów

Wszystko jest ze sobą tak splątane, że nawet nie wiem, od czego zacząć. Chyba od tego, że mi się kiedyś przyśnił sen – gdzieś okolicach Kołobrzeskiej w Gdańsku jakiś dziwny budynek z windą, drzwi, mieszkanie na pierwszym piętrze, tu przedpokój, tam kuchnia, a ja w nim całkiem zadowolona, bo czeka mnie coś fajnego. Macie czasem takie sny? Ja mam ciągle. No więc mija czas, mija pół roku, rok i nagle dzwoni do mnie Monika Ksieniewicz-Mil z Onetu i prosi o wywiad. Oczywiście, nie z powodu tamtego snu, raczej z powodu koszmaru zwanego rzeczywistością, czyli: Empik, wydawcy, walka o BaBę, walka o kobiecość itd. Temat rzeka.

Oczywiście się zgadzam. Jadę do niej, bo ma małe dziecko, w ręku trzymam adres i nagle mi się skleja…

View original post 480 słów więcej

Reklamy

Psychozababa, czyli jak ja nie lubię pisać recenzji

Tagi

, , , , , ,

Recenzje książek traktujących o Kaszubach i Pomorzu, znalazły się w pierwotnym założeniu Kaszubszczyzny. Jedną już nawet mamy tu.
Dzisiaj wypowiem się o publikacji, która nie jest na temat Kaszub, ale autorstwa osoby na Kaszubach mieszkającej.
„Poradnik dla psychopatów”
O nim mowa. Książka pióra Sylwii Kubryńskiej wywołała we mnie mieszane odczucia.
Tył okładki został opatrzony informacją „TA KSIĄŻKA NIE JEST DLA DZIECI”.
Mają Państwo dzieci?
Ja mam. W wieku lat nastu. I przyznam szczerze, że dużym nieporozumieniem jest umieszczenie informacji o nieodpowiedniej kategorii wiekowej z tyłu i w dodatku bez wykrzyknika, który zmieniłby informację w komunikat bądź ostrzeżenie.
Wiecie, że „małolaty” mogą tę książkę schować w kieszeni? Mogą ją chować jak tabakę lub inne niedozwolone draństwo. My, rodzice możemy się nawet nie zorientować, co Krośnięta kryją po kieszeniach.
Poradnik z BaBy zawiera sporo rozdziałów traktujących o różnych tematach. Jest rozdział pt. „Goście .Znowu” Już sam zapis wzbudza podejrzenia. Po słowie „Goście” spacja (jakby ktoś się spieszył), następnie kropka i „Znowu”. Wiecie, że młodzież tak pisze w komunikatorach internetowych?
W wielu legendach i podaniach kaszubskich Bóg pod postacią włóczęgi lub innej osoby przemierza ziemski padół, żeby przekazać naukę lub nauczkę. Jest podanie „O tym dlaczego Żydzi nie jedzą wieprzowiny”, w którym Bóg karze za kłamstwo Żyda, zmieniając jego żonę i dzieci w maciorę z prosiakami. Legenda uczy mówienia prawdy.
Prawda o „Poradniku dla psychopatów” jest taka, że jeżeli nie chcecie, żeby Waszym dzieciom ktoś wpoił, iż gość w Waszym domu powinien się zapowiedzieć, to przeszukajcie im kieszenie. Jeżeli znajdziecie w nich „Poradnik dla psychopatów”, to mam dla Was jedną radę – przeczytajcie przed wyrzuceniem.

Cytat

Przeczytajcie proszę — Najlepszy Blog na Świecie*

Zacznę bez ogródek, bez literackich wstępów, prosto z mostu. Wiecie, w jakiej jestem sytuacji? Właśnie dostałam od wydawcy rozliczenie. Według tego rozliczenia za książkę, która jest we wszystkich empikach w całej Polsce, a na Amazonie kosztuje 120 złotych – należy mi się 118 zł. Za pół roku totalnej sprzedaży. Wszędzie. W księgarniach, w internecie, na […]

via Przeczytajcie proszę — Najlepszy Blog na Świecie*

Kiedy Mikołaj idzie do nieba?

Tagi

, , , ,

W związku ze Świętami i licznie napływającymi z tej okazji życzeniami, Kaszubszczyzna postanowiła się wykazać i napisać prezent dla swoich czytelników. Kochani – ta bajka jest dla Was. Na Święta.

Kolejny śpieszny poranek. Na dworze nieznaczny mróz, może dwa, a może trzy stopnie poniżej zera. Wystarczająco zimno, żeby zmarzło dotychczas brudzące buty błoto, ale nie aż tak mroźnie, żeby odczuwać przenikliwy chłód.
– Już grudzień – powiedział sam do siebie.
Usiadł za kierownicą czarnej limuzyny. Potarł dłonią o dłoń, nie po to, by je rozgrzać, ale z radości. Cieszył się, że już początek ostatniego miesiąca w roku. Że powietrze rześko wpada do płuc i zapowiada nadejście jego ulubionego czasu. Wreszcie po jesiennej plusze nastanie zima, otulająca świat białym, świeżym puchem. Czuł w kościach arktyczny front i wiedział doskonale, że wkrótce spadnie śnieg. Zacznie się najpiękniejsza pora roku, podczas której ziemię skuwa lód, a z ludzkich serc gorliwość bucha jak z pieca. Już teraz udzielało mu się ciepło nadchodzących chwil. Jego ciało obiegło uczucie gorąca, w klatce piersiowej poczuł dziwny skurcz. Wzięło go za serce. Po chwili w głowie zakołatała dręcząca myśl, że to wcale nie wzruszenie jest odpowiedzialne za jego samopoczucie. Możliwe, że odczuwa skutki biesiady u Andrzeja.
„Gorąca, irlandzka dusza” – wspomniał w myślach.
Andrzejkowe zabawy zawsze były połączeniem zakrapianych harców, z suto zastawionymi stołami. Istne szaleństwo, jakby świat miał się skończyć. Przed nim jeszcze bankiet u Barbary, a potem jego imieniny.
Rozcierając dłonią mostek i szacując skacowane odbicie w lusterku przypomniał sobie sen, który przyśnił mu się tej nocy.
„Staruszka?” – zastanowił się. „Nie! Kobieta. Jakiś babsztyl. Ni to wiedźma, ni śmiertelniczka. Strasznie chuda – skóra i gnat. Dlaczego wygarniała grabkami ogrodowe krasnale z półki? Kilka upadło na ziemię i się rozprysło w drobny mak. Krasnale też jakieś inne, jak skrzaty, bo nie w czerwonych kubrakach, lecz zielonych. Dziwne… I ta chuda, żylasta ręka, trzymająca drzewce narzędzia. Może to nie były grabie?”
– Durny sen! Oj, przesadziłem u tego Andrzeja i mam za swoje – powiedział do zmęczonej twarzy w lusterku. – Nie ma co rozmyślać, czas się wziąć w garść i działać – skarcił się za niemoc.
Na fotelu pasażera pojawił się jegomość. Biały garnitur, niebieska koszula. Bujne, blond włosy, jasna skóra i czyste, błękitne spojrzenie.
– Boli? – spytał z troską.
– Jak cholera – odpowiedział, wciąż rozcierając dłonią mostek.
Bardziej niż obecnością gościa, zdziwił się własną reakcją. Doznaje halucynacji i w ogóle nie jest zaskoczony.
– Będzie gorzej – z tylnej kanapy usłyszał głos drugiego mężczyzny. Ten, w przeciwieństwie do pierwszego, miał śniadą cerę jak Arab, oczy czarne, a włosy połyskiwały kruczym blaskiem. Jego ubranie emanowało hebanowym atłasem.
– Co tu robicie? – zapytał nie spuszczając wzroku z lusterka, w którym doskonale widział nieproszonego gościa na tylnym siedzeniu. – Nie zapraszałem was.
– Nas się nie zaprasza. Pojawiamy się, gdy nadchodzi pora – odpowiedział właściciel jasnego garnituru.
– Mamy mało czasu. Za chwilę będzie tu gorąco – wyjaśnił bez emocji Czarny.
– Jakie gorąco? Wynoście się! – Rozdrażnił go długotrwały ból. – Mam dziś dwa zebrania biznesowe, a potem spotkanie z wolontariuszami. Już grudzień! Trzeba zacząć akcje dobroczynne. Dzieci czekają.
– Nigdzie nie pojedziesz, przynajmniej nie tym samochodem – w głosie Białego wyczuł smutek.
– Polecisz na bombach. Zawiozą cię przy fanfarach syren i błyskach sygnałów świetlnych. Będzie głośno jak u Sylwestra. – Twarz czarnego napełniała satysfakcja.
– O czym ty mówisz! – Odwrócił się gwałtownie i poczuł silne ukłucie. Kątem oka zauważył biegnącą w kierunku samochodu żonę.
„Żeby tylko nie przestraszyła się tych typów” – pomyślał tracąc przytomność.

Ustawało poruszenie w szpitalnej izolatce. Personel udał się do innych obowiązków. Zmęczona wydarzeniami rodzina wróciła do domu. Mikołaj, opleciony licznymi kabelkami łączącymi jego ciało z nowoczesną aparaturą monitorującą, leżał w szpitalnej Sali sam. Tylko stukot białych pantofli pielęgniarki, która zaglądała raz na jakiś czas, aby sprawdzić parametry, zakłócał ciszę. Początek grudnia, a on wyleguje się jak na wczasach. Nigdy tak nie próżnował. Pomyślał, że zerwie z siebie kosmiczną menażerię i samowolnie opuści szpital, ale gdy sięgnął ręką do jednego z czujników, powstrzymała go delikatna dłoń Białego.
– E, e – powiedział, kręcąc zniechęcająco głową.
– Uwiązali cię kolego jak pieska na smyczy – zakpił Czarny.
– To znowu wy? – Zrezygnował z pomysłu.
– Jesteśmy tu, żeby ci pomóc – oświadczył łagodnym głosem właściciel białego garnituru.
– Mów za siebie – Błysk pojawił się w hebanowych oczach.
– Czego chcecie? – zapytał rozumiejąc, że jeśli nie załatwi z nimi sprawy, nie pozbędzie się ich nigdy.
– Ja już w zasadzie mam to, czego chciałem – stwierdził, oparty o parapet okna czarnooki, który z uwagą oglądał swoje paznokcie. – Pilnuję tylko, żeby mi tego nie odebrano. – Brodą uczynił gest wskazujący na Białego. Miał przy tym, tak pogardliwy wyraz twarzy, jakby Biały dopuścił się rabunku na transport humanitarny.
– Panuj nad słowami! Jeszcze nic nie zostało przesądzone – zganił towarzysz.
– O! Czyżbym usłyszał irytację w słowach szacownego kolegi? – zakpił z nieukrywaną satysfakcją.
– Pragnę tylko zauważyć, że…
– Nie kłóćcie się panowie! – przerwał im chory. – Powiedzcie czego chcecie i załatwmy sprawę od ręki.
Obaj spojrzeli na niego z niedowierzaniem. Nie rozumiał położenia, w którym się znalazł. Chciał ich obsłużyć jak zwykłych kontrahentów.
– Nie dogadaliśmy się w interesach i dlatego się mścicie? – przerwał niezręczne milczenie.
– To nie to – zaprzeczył Biały.
– Czyli pieniądze – powiedział z ulgą w głosie. – Chodzi o pieniądze. Czemu od razu się nie zorientowałem? Jak nie wiadomo o co chodzi, to właśnie o kasę. Ile chcecie?
– To mi wystarczy! – W dłoniach Czarnego wyrosła klepsydra, którą zamierzał obrócić pustą stroną ku górze. – Czas minął – oświadczył zadowolony.
– Nie tak prędko. – Przytrzymał przedmiot i zniweczył zamiary kompana Biały.
– Nie słyszałeś?! – oburzył się. Emanujące wcześniej iskrami intrygi smoliste oczy, w tej chwili ciskały gromy. – Chciał nas przekupić! Jakiego dowodu jaszcze ci trzeba?
– Nie zapominaj, że to ty wpakowałeś nas w tę kabałę! Gdybyś mu nie podsuwał okazji do hulanek i krętactw, nie walczylibyśmy o niego jak rozjuczone zwierzęta. I jeszcze ten fortel z Andrzejem! Zawsze wszystko mącisz! – cierpliwość Białego wyraźnie sięgnęła granic.
– Do usług – wycedził ironicznie Czarny. – Po to tu jestem – zauważył. Ukłonił się w pas i uczynił prawą ręką dworski gest.
– Na Boga! – nie wytrzymał Mikołaj. – Mówcie czego chcecie i skończmy tę szopkę. Dzieciaki czekają!
– Zabawne, że wspomniałeś o szefie. To on osobiście nakazał nam cię dokładnie sprawdzić, zanim przesądzimy twoją wieczność.
– Ty… Ty jesteś… – Świadomość, która właśnie dopadła Mikołaja w innych okolicznościach zabiłaby go atakiem serca. W tej chwili jednak, balansował na krawędzi życia i śmierci w stanie śpiączki. – Aniołem?
– Bingo! Nareszcie zrozumiał! – Z zadowoleniem tupnął obcasami czart, aż iskry wzbiły się pod sufit, a pomieszczenie wypełnił zapach siarki.
– Skończ te tanie sztuczki klaunie i bierzmy się do roboty, skoro wszystko jasne. Takimi wywodami nie skończymy do Sylwestra.
– A propos Sylwestra. Pamiętasz tego z dwa tysiące dziewiątego? Schlałeś się jak prosie i zwymyślałeś żonę. Po powrocie do domu pokazałeś teściowej, która opiekowała się twoim dzieckiem drzwi, a na odchodne kopnąłeś jej psa – przypomniał Mikołajowi Czarny.
– Tanie sztuczki ze wzbudzaniem poczucia winy. Znajdźmy przeważający argument i zakończmy sprawę – przerwał zniecierpliwiony anioł.
– Spieszno ci na kawkę do Barbary? – sarkastycznie podkreślił pośpiech anioła Czarny. – Ale dobrze chodźmy.
Marynarka diabła zmieniła się w obszerną, podszytą czerwonym jedwabiem pelerynę, którą wprawnie zakręcił i przeniósł ich do domu Mikołaja.
– Mógłbyś sobie odpuścić te staroświeckie wybryki – zauważył anioł, otrzepując swoje śnieżno-białe ubranie z sadzy.
– Spójrz – zwrócił się do biznesmena, ignorując kolegę czart. – Twój syn. Mikołaj Junior.
Chłopiec siedział przy komputerze w swoim pokoju i zdawał się być nieprzejęty pobytem ojca w szpitalu.
– Nie płacze po tobie.
– Jeszcze nie umarł – zauważył Biały.
– A żona? – Przenieśli się do kuchni.
Kobietę całkowicie zajmowało przygotowanie posiłku.
– Widzisz. Nie ma rozpaczy w twoim domu.
– Zaraz, zaraz – przemówił przez Mikołaja biznesowy instynkt, który podpowiadał mu, że nie wszystko jest, jak powinno. – Mały zazwyczaj gra w gry. – Nie umknęło mu okno przeglądarki, w której chłopiec szukał informacji o ataku serca. – A moja żona nigdy nie gotuje. Mamy gosposię – dodał.
W tym momencie Junior wszedł do kuchni.
– Mamo, czy tata umrze? – spytał w progu.
– Nie wiem dziecko – odpowiedziała i ze łzami w oczach i przytuliła chłopca. – Nie wiem. Zrobiłam naleśniki. Zjesz?
– Nie chcę. Sama zrobiłaś? – dociekał z niedowierzaniem.
– Musiałam się czymś zająć.
Anioł zerknął na diabła i skwitował:
– Zrozumiałeś, że go nie załamiesz? Nie graj na jego uczuciach.
– Dobrze – przyznał. – Wprawdzie czuję nosem, że ktoś mąci moje wysiłki, ale rodzinę zostawię w spokoju.
Kolejny raz zawinął peleryną i znaleźli się w ciasnym, zacienionym mieszkaniu. Przy stoliku na sfatygowanym fotelu siedział i drzemał nieogolony mężczyzna w białym podkoszulku. Na stole stała rozpoczęta butelka wódki, obok leżała poplamiona gazeta otwarta na stronie z anonsami pracy, a na niej przewrócony kieliszek.
– Pamiętasz go? – spytał. Wzrok Czarnego analizował emocje Mikołaja. – Pół roku temu na ważnym dla ciebie bankiecie znowu przesadziłeś z alkoholem. Chciałeś bez podejrzeń wymigać się z imprezy. To kelner, któremu celowo wpadłeś na tacę z trunkami. Wylały się na ciebie, a ty wylałeś go z pracy.
– Pamiętam. Facet drażnił mnie od dawna. Popijał, a potem chrzcił alkohol wodą. Bałem się, że kiedyś potruje mi gości. Ale jak chcesz, to przyjmę go z powrotem.
– Nie będziesz miał okazji.
– Umrę? – skierował odruchowo swoje pytanie nie do rozmówcy, lecz do Białego.
Anioł potwierdził obawę gestem głowy.
– Nie ma już odwrotu? – zrozumiał, że jego odejście zostało przesądzone.
Z rezygnacją osunął się plecami po ścianie wąskiego korytarza. Usiadł i podkulił kolana, a palce zatopił w jasnych włosach.
– Co ja narobiłem? Dlaczego byłem takim samolubem? Umrę i pozostawię bez pomocy te wszystkie rodziny, w których dzieci czekają na święta. Po co dałem im nadzieję? Rozpaliłem ich serca, a swoje zniszczyłem. Nie dbałem o nie i mnie zawiodło. Wiesz co jest najgorsze? – Tym razem spojrzał w ciemne oczy diabła, który odwrócił wzrok, jakby chciał skryć cień współczucia. – Nie pozostawiłem następcy. Nie wiedziałem, że odejdę tak wcześnie. Jestem lekkomyślnym durniem. Zabieraj mnie tam, gdzie moje miejsce.
Speszony Czarny wyciągnął rękę do swojej sztuczki z peleryną.
– Jest twój – zakomunikował aniołowi i zniknął. Za moment pojawił się znowu. – Nie przejmuj się teściową – wskazał palcem na Mikołaja. – Ona i jej zawzięty psiak, dręczą nasz resort do granic wytrzymałości. Wciąż mam w uszach ten wściekły jazgot obojga. Nie dałoby się czegoś zrobić w ich sprawie? – spytał anioła. – Może u was, by spokornieli?
Anioł tylko zaprzeczył głową.
– Tak myślałem – stwierdził i przepadł już na dobre, pozostawiając po sobie znajomy zapach siarki.
– Kuglarz – skwitował popisy Czarnego anioł. – Chodźmy. Czas na nas – ponaglił.
– Do nieba? – zdziwił się Mikołaj.
– Tak.
– A dzieci?
– Nie martw się, pokazałeś innym drogę. Będą cię naśladować.

„Szklanka na pająki”

Tagi

, , , , ,

szklanka na pajaki_baba

szklanka na pająki


Powieść Barbary Piórkowskiej „Szklanka na pająki” jest literackim przewodnikiem wydarzeń rozgrywających się w Gdańsku w latach 70, 80 i 90. Ola, główna bohaterka, przeprowadza czytelnika od swoich narodzin do dojrzałości. Opowiada o życiu i dorastaniu w Gdańsku, kolebce historycznych zmian. Fenomenem, którego doświadczamy od pierwszych stron, jest to, że język opowieści rośnie wraz z bohaterką. Początkowo zderzamy się z dziecięcą wyobraźnią i dziecięcym odbiorem świata. Mamy możliwość poznania historii poprzez oczy dziewczynki, mieszkającej w jednym bloku z Lechem Wałęsą. Nie tylko doświadczamy naocznej relacji zdarzeń, ale opowiada nam o nich dziecko, swoim dziecięcym językiem.
„Szklanka na pająki” nie należy do łatwych pozycji czytelniczych. Nie jest dostarczającą suchych informacji prasówką. Ta książka żyje i rośnie w Gdańsku wraz z główną bohaterką Olą. Jest krwią i kością najnowszej historii Gdańska. Jest relacją dziecka, nastolatki, kobiety. Artystki… Autorka, własną wrażliwością wprowadza nas w świat historii i robi to w cudownym stylu.
Czytając „Szklankę na pająki” byłam zmuszona przenieść się do czasów dzieciństwa. Wrócić do emocji, które z racji rówieśnictwa z bohaterką powieści są mi znajome, ale zostały przysypane dorosłością. Przypomniałam sobie własne odczucia z dzieciństwa. Jak obawy, niepokoje, narastający bunt i zrywy o wolność dorosłych wpływały na dziecko, nastolatkę i dojrzałą kobietę.
„Szklanka na pająki” jest historią zmian zachodzących w dojrzewającej dziewczynce i rosnącym w siłę Gdańsku. Przybliża najnowszą historię w ciekawy, pozbawiony podręcznikowego balastu sposób.
Książka Barbary Piórkowskiej jest dla wszystkich kategorii wiekowych. Dorosłych z lat 70, 80 i 90, którzy kształtowali ówczesną rzeczywistość, dzieci, które żyją jako dorosłe z dziedzictwem tamtej rzeczywistości i tych, którym nie było dane osobiście doświadczyć wpływających na obecny obraz wydarzeń.

Nowe wydanie „Szklanki na pająki” ukazało się nakładem Spółdzielni Literackiej Baba.
Zainteresowanych kieruję na stronę baba.com.pl

Zaduszki na Kaszubach

Tagi

, , , , ,


Kaszubskie zwyczaje i obrzędy kultywowały śmierć jako naturalny element życia. W okresie dziadów i Wszystkich Świętych zawsze pamiętano o swoich bliskich. Po obejściach i domostwach przechadzały się w Dzień Zaduszny dusze, które odwiedzały rodzime miejsca. Nie wolno było wylewać pomyj na podwórze po zmroku, bo panował przesąd, że można niechcący zmoczyć fekaliami ducha, który odwiedza swoje kąty. Nie pozostawiano rozwieszonej na sznurach bielizny, bo goście z zaświatów mogli się w nią zaplątać. Kaszubi przez pierwsze dni listopada nie odwiedzali się wzajemnie, nie chcieli przeszkadzać wędrującym duszom. Przez noc utrzymywali ogień w piecach, by zmarli mieli się gdzie ogrzać. W oknach i na progach domów pozostawiano. Odważni lub niedowiarki wysypywali piasek, żeby doszukać się śladów odwiedzających domostwa dusz.

Kaszubskie przekazy często mówią o nie oglądaniu się za siebie. Duchy z przeszłości pociągają za sobą żyjącą w rozpaczy osobę.
Wierzono, że w noc z 1 na 2 listopada dusze zmarłych odprawiają w kościołach mszę. Nie wolno było tej nocy żywym odwiedzać świątyń, bo zmarli rozszarpią śmiałka.
Z Bolszewa pod Wejherowem pochodzi podanie o trzech córkach i matce. Opowiada ono o śmierci kolejnych córek i narastającej rozpaczy matki, która chciała zobaczyć zmarłe dzieci. Kobieta w Dzień Zaduszny udała się do kościoła i położyła w progu świątyni. Gdy dusze zaczęły schodzić się do kościoła, były wśród nich również córki zrozpaczonej. Dusze dwóch ostatnich zmarłych nie poznały matki, nazywając ją popielnym wiórem i beczką soli. Dusza córki, która zmarła pierwsza i nad której stratą matka najmniej ubolewała, bo miała wówczas przy życiu jeszcze dwie, zauważyła.: „Tu leży moja kochana matka.”. Do mamy powiedziała.: „Matko, odejdźcie stąd, bo jakbyście się obejrzeli, to inne dusze by was postrzegły i będzie z wami źle.”.

Zapomnianą i już od dawna niepraktykowaną na Kaszubach tradycją było odwiedzanie grobów zmarłych w strojach przebierańców. Młodzi chłopcy przebrani za diabły i inne maszkary, uzbrojeni w tradycyjne, kaszubskie instrumenty (diabelskie skrzypce, burczybasy, grzechotki itp.) odstraszali złe duchy.
Obdarowywanie chlebem potrzebujących, który rozdawały dzieci jest w pewnym sensie kultywowaną tradycją, bo liczne zbiórki i akcje charytatywne z udziałem młodzieży na nie tylko kaszubskich cmentarzach jest powszechne.
Kaszuby w jesiennym czasie słynęły z pochylania się nad śmiercią i pamięcią o zmarłych. Szczególną uwagę w już chrześcijańskich modlitwach poświęcano duszą cierpiącym w czyśćcu.
Obecnie odwiedzamy groby bliskich, dbamy o ich estetykę, przebieramy się (niektórzy) na Halloween, palimy znicze, zasiadamy przy świątecznych stołach. Każdy świętuje na swój sposób. Warto wspominać tradycje naszych ojców, bo dzięki nim jesteśmy bliżej bliskich, z którymi odeszły dawne zwyczaje.

Kaszubski głos

Tagi

, , , ,

Kaszubski głos
Kaszubski Naród przez wiek był stawiany w obliczu wyborów. Autonomiczna mniejszość, która chciała spokojnie żyć na swoich ziemiach musiała opowiadać się za państwowościom, do której chciała należeć. Gdy się opowiedziała, emanowała lojalnościom – „Nie ma Kaszeb bez Polonii, a bez Kaszeb Polsci.” Tuż za nią, ten sam działacz powiedział – „Nigdë do zgubië nie przyńdą Kaszubë”.
Kaszubi, to specyficzny naród, twardy, prostolinijny, pracowity i uczciwy. Nauczony, że należy wybierać to, co daje nadzieję na przyszłość – stabilną przyszłość.
Jutro wybory do samorządów, jedne z ważniejszych wyborów dla mniejszości.
Pozornie nie ma znaczenia kto będzie reprezentował naszą gminę czy powiat na kolejną kadencję, gdy ważne rozgrywki toczyć się będą na wyższych szczeblach, ale ma znaczenie kogo własnym głosem poprzemy w wolnych wyborach.
Historia uczy, że Kaszuby były niejednokrotnie zniewolone i pozbawione głosu. Dzisiaj mamy głos, możemy go jutro wyrazić przy urnach wyborczych. Samorząd to nasza sprawa.
Kochani, pójdźmy do wyborów, zagłosujmy, wybierzmy i stańmy się grupą, która nie narzeka, bo dokonała wyboru. Wybór, to nasza specjalność.

Ścinanie kani w Sobótkę

Tagi

, , , ,

kania w locieObrzęd ścinania kani odżywa, jest coraz częstszym elementem obchodów najkrótszej w roku nocy i dzięki licznym inscenizacjom zapada w ludzką pamięć i świadomość. Wiemy o nim coraz więcej. Zastanawiam się, czy zdajemy sobie sprawę z oczyszczającego aspektu tej tradycji?

O sobótkowym obrzędzie ścinania kani swego czasu pisałam tu: Sobótkowy obrzęd ścinania kani i tu: Na kaszubach…
Kaszubska społeczność w czasach niewoli i nacisków ze strony zmieniającego się pana, obrała taktykę zamknięcia się we własnych ramach. Kaszubi starali się nie łamać praw (przynajmniej jawnie), nie donosić na sąsiada, rozwiązywać konflikty w gronie, które wzajemnie rozumiało swoje położenie. Sposobem na niezgubienie tożsamości i utrzymanie niezależności poprzez wieki zmieniającej się niewoli stała się tradycja i język, które Kaszubi uprawiali na co dzień. Wichry historii przemijały, lecz tradycje trwały niezłomne.
To dzięki obrzędom, żywym do dziś na Kaszubach, dzięki mowie i specyficznym przekleństwom, które w języku polskim wcale nie są kwalifikowane jako wulgaryzmy, mamy możliwość wizualizacji dawnej, szalenie interesującej kultury, której śladów nie można się doszukać w najstarszych pismach i przekazach. Kto chce chłonie informacje z żywej postaci.
Powróćmy do obrzędu ścinanie rzadkiego ptaka z gatunku sokołowatych, który w dalekiej przeszłości krwawo tracił głowę w sobótkową noc.
Ze względu na swoje położenie geograficzne Kaszuby nawiedza dorocznie susza. Trwa przez trzy tygodnie do miesiąca. Suszę przerywają opady, pojawiające się niedaleko obchodów święta św. Jana lub sobótkowych – przesilenia wiosenno-letniego. To długo wyczekiwany czas. Na ziemiach o klasie rolniczej od czterech do sześciu (piaskach), trzy tygodnie bez opadów deszczu decydują o przetrwaniu. Bez wsparcia władz (w przeszłość), bez perspektyw na pomoc i z postanowieniem, że nie poddam się kolejnemu władcy, Kaszubi mogli liczyć jedynie na przychylność natury. Jak to w naturze bywa, nie opuszczała pokornych, tych, którzy ją rozumieli i dostosowywali swoje siewy do warunków panujących w regionie.
W regionie panowało coś jeszcze – zamknięcie się społeczności na obcy wpływ. Paradoksalnie, to zamknięcie pozwala obecnym zrozumieć tradycje i niezłomność kaszubskiego ducha.
Obrzęd ścinania kani miał znamiona społeczne. Pozwalał Kaszubą swoje sprawy rozwiązywać we wlanym środowisku.
Gdy przed szereg zebranych wychodził chłop, któremu skradziono potrzebne do pracy brony i oskarżał kanię o niemożność pracy w polu, to złodziej dowiadywał się jakie konsekwencje idą za jego czynem. Winowajca był wśród zebranych, usłyszał o stratach. Miał możliwość przemyślenia swojego występku.
Kania, niewinny i rzadki ptak, uśmiercony w rytuale stał się sumieniem występnego.

Zaślubiny Polski z Morzem

Tagi

, , , ,


Zaślubiny Polski z Morzem
10 lutego 1920 roku generał broni, dowódca frontu pomorskiego, Józef Haller dokonał symbolicznych zaślubin Polski z Morzem. Uroczystość odbyła się w Pucku, na skutej lodem zatoce.
Na mocy traktatu wersalskiego z 28 czerwca 1919 roku, ratyfikowanego 10 stycznia 1920 roku, Pomorze miało zostać zwrócone Polsce. Zgodnie z ustalonym pomiędzy Polską i Niemcami harmonogramem przejmowania miast polskich w dniach od 1 do 4 lutego w granice Polski miały powrócić Hel i Władysławowo, ostatnie miejscowości na pomorskiej liście. 147 km. (od granic Gdańska po okolice Karwi) zaniedbanej gospodarczo linii brzegowej Bałtyku powróciło we władanie borykającej się z problemami ekonomicznymi Polski.
O zaślubinach Polski z odzyskanym po blisko 150 latach Bałtykiem słyszał każdy.
Za sprawą obrazu Wojciecha Kossaka „Zaślubiny Polski z Bałtykiem” i licznych uroczystości upamiętniających kolejne rocznice, wydarzenie wryło się w naszą świadomość jako zaszczytne, długo oczekiwane i starannie przygotowane.
Z zapisków naocznych świadków wyczytamy, że obchody były wzniosłe.
„10 lutego wczesnym rankiem wyruszył mój pociąg specjalny przez Grudziądz, Tczew, Gdańska do Pucka, na wszystkich stacjach owacyjnie witany. Od Grudziądza jechał ze mną przedstawiciel rządu minister spraw wewnętrznych Stanisław Wojciechowski. W Gdańsku nastąpił dłuższy postój, ponieważ polska ludność ze starostą Wybickim na czele zgotowała nam na dworcu manifestacyjne przyjęcie. Starosta Wybicki wręczył mi dwa platynowe pierścienie dla zaślubin Rzeczypospolitej Polskiej z Bałtykiem.” – wspomina Józef Haller.
„(…)towarzyszyłem mu [gen. Józefowi Hellerowi] jako delegat rządu, ponieważ Piłsudski i Skulski zajęci byli innymi sprawami. (…) Do naszego wagonu, razem z wiązankami kwiatów, rzucano drobne zawiniątka z klejnotami i złotymi monetami na skarb narodowy. Z zachowania się i twarzy witających nas rodaków bił wielki hart ducha, nakazujący wierzyć, więcej niż inne dzielnice dają Rzeczypospolitej, a mniej żądają (…)” – napisał delegat rządu Stanisław Wojciechowski.
Pomimo że uroczystość Zaślubin Polski z Morzem, 10 lutego 1920 roku, odbyła się na zamarzniętej Zatoce Puckiej, przy niesprzyjającej aurze i rozpostartych nad głowami dygnitarzy parasolami, dla Kaszubów była wyjątkowym zdarzeniem. Niosła radość i nadzieję. Mieszkańcy Ziemi Kaszubskiej licznie uczestniczyli w jej obchodach.
„Dotychczasowy strażnik wybrzeża rybak kaszubski z jedyną bronią, wiosłem u boku, oddał straż w ręce marynarza polskiego.”*
W trakcie mszy pod przewodnictwem księdza Zygmunta Rydlewskiego, kazanie wygłosił Dziekan Frontu Pomorskiego ks. ppłk. Józef Wrycza, podczas którego przytoczył w języku kaszubskim Hieronima Derdowskiego.:
„Czujecie tu ze serca tóni
Skład nasz Apostolści
Nie ma Kaszeb bez Polonii,
A bez Kaszeb Pólszczi!”.
_____________________________________________________________________________
*Słowa gen. Józefa Hallera.

Wzory czepcowe

Tagi

, , , , , , , , , , ,


Haft czepcowy nazywa się haftem złotym. Zdobi się nim złotogłowy, inaczej złotnice, czyli czepce kaszubskie, jeden z elementów stroju damskiego. Wzory czepcowe często stosuje się do zdobienia serdaczków. Haft jest wykonywany na różnych kolorach aksamitu, na podkładzie, haftem wypukłym, złotymi lub srebrnymi nićmi. Typowe dla haftów złotych są zaokrąglenia liści.
W przeszłości wyhaftowane czepce zamawiano u zakonnic z Żukowa i Żarnowca, stąd inspiracja wzorów i kolorów z haftów z szat liturgicznych. Najczęstszymi elementami są owoc granatu, margaretka, tulipan, liść akantu. Złotogłowia ze względu na swoją wartość były wkładane tylko od święta i dziedziczone po matkach, a nawet babciach. W Muzeum Kaszubskim w Kartuzach znajdują się czepce pochodzące z XVIII i XIX w.
Wnuczki Marianny Okoniewskiej (uczennicy ostatnich norbertanek z Żukowa) Zofia i Jadwiga Ptach, współtwórczynie szkoły żukowskiej, wzorując się na zachowanych w ponorbertańskim skarbcu wzorach, odtworzyły haft czepcowy. W oparciu o stare techniki, stosowały także cieniowany ścieg malarski. Używa się do niego muliny w sześciu kolorach – od kremowego poprzez odcienie złotego i pomarańczowego, do brązu. Swoją wiedzę i umiejętności z haftu wykonywanego ściegiem malarskim, siostry Ptach przekazały Mari Nowickiej (z domu Cyperskiej), która przez długi czas była jedyną osobą znającą tę technikę.
Współcześnie wykonywane czepce wzoruje się na dawnych, często z dużą dbałością o pierwotną technikę, zwłaszcza, gdy część stroju reprezentacyjnie wkładają członkowie zespołów ludowych. Postęp, moda na folklor i nieczęsto pośpiech rozpowszechniły wśród mieszkańców Kaszub również nowe, szybsze i mniej dokładne techniki. W dobie komputeryzacji pracę ludzkich rąk przejmują hafciarki komputerowe, dzięki którym haft jest tańszy i łatwiej dostępny.
Niewiele współczesnych, ludowych hafciarek radzi sobie ze starodawną techniką wyszywania bajorkiem i szychtem. Haft na czepcach wykonywany muliną żółtą (substytut złotej), bez cieniowania, albo białą (zamiennik srebrnej) z obrzeżami koloru brązowego jest powszechny wśród kaszubskich twórczyń ludowych. Obecnie haftem złotym zdobi się nie tylko czepce i serdaczki, ale również nakrycia stołów, krawaty, poszwy na poduszki i wiele innych tekstyliów. Hafty na pierwszy rzut oka zdają się być takie same, ale ręczne wykonanie sprawia, że nie ma dwóch identycznych.