Tagi

, , , ,

W związku ze Świętami i licznie napływającymi z tej okazji życzeniami, Kaszubszczyzna postanowiła się wykazać i napisać prezent dla swoich czytelników. Kochani – ta bajka jest dla Was. Na Święta.

Kolejny śpieszny poranek. Na dworze nieznaczny mróz, może dwa, a może trzy stopnie poniżej zera. Wystarczająco zimno, żeby zmarzło dotychczas brudzące buty błoto, ale nie aż tak mroźnie, żeby odczuwać przenikliwy chłód.
– Już grudzień – powiedział sam do siebie.
Usiadł za kierownicą czarnej limuzyny. Potarł dłonią o dłoń, nie po to, by je rozgrzać, ale z radości. Cieszył się, że już początek ostatniego miesiąca w roku. Że powietrze rześko wpada do płuc i zapowiada nadejście jego ulubionego czasu. Wreszcie po jesiennej plusze nastanie zima, otulająca świat białym, świeżym puchem. Czuł w kościach arktyczny front i wiedział doskonale, że wkrótce spadnie śnieg. Zacznie się najpiękniejsza pora roku, podczas której ziemię skuwa lód, a z ludzkich serc gorliwość bucha jak z pieca. Już teraz udzielało mu się ciepło nadchodzących chwil. Jego ciało obiegło uczucie gorąca, w klatce piersiowej poczuł dziwny skurcz. Wzięło go za serce. Po chwili w głowie zakołatała dręcząca myśl, że to wcale nie wzruszenie jest odpowiedzialne za jego samopoczucie. Możliwe, że odczuwa skutki biesiady u Andrzeja.
„Gorąca, irlandzka dusza” – wspomniał w myślach.
Andrzejkowe zabawy zawsze były połączeniem zakrapianych harców, z suto zastawionymi stołami. Istne szaleństwo, jakby świat miał się skończyć. Przed nim jeszcze bankiet u Barbary, a potem jego imieniny.
Rozcierając dłonią mostek i szacując skacowane odbicie w lusterku przypomniał sobie sen, który przyśnił mu się tej nocy.
„Staruszka?” – zastanowił się. „Nie! Kobieta. Jakiś babsztyl. Ni to wiedźma, ni śmiertelniczka. Strasznie chuda – skóra i gnat. Dlaczego wygarniała grabkami ogrodowe krasnale z półki? Kilka upadło na ziemię i się rozprysło w drobny mak. Krasnale też jakieś inne, jak skrzaty, bo nie w czerwonych kubrakach, lecz zielonych. Dziwne… I ta chuda, żylasta ręka, trzymająca drzewce narzędzia. Może to nie były grabie?”
– Durny sen! Oj, przesadziłem u tego Andrzeja i mam za swoje – powiedział do zmęczonej twarzy w lusterku. – Nie ma co rozmyślać, czas się wziąć w garść i działać – skarcił się za niemoc.
Na fotelu pasażera pojawił się jegomość. Biały garnitur, niebieska koszula. Bujne, blond włosy, jasna skóra i czyste, błękitne spojrzenie.
– Boli? – spytał z troską.
– Jak cholera – odpowiedział, wciąż rozcierając dłonią mostek.
Bardziej niż obecnością gościa, zdziwił się własną reakcją. Doznaje halucynacji i w ogóle nie jest zaskoczony.
– Będzie gorzej – z tylnej kanapy usłyszał głos drugiego mężczyzny. Ten, w przeciwieństwie do pierwszego, miał śniadą cerę jak Arab, oczy czarne, a włosy połyskiwały kruczym blaskiem. Jego ubranie emanowało hebanowym atłasem.
– Co tu robicie? – zapytał nie spuszczając wzroku z lusterka, w którym doskonale widział nieproszonego gościa na tylnym siedzeniu. – Nie zapraszałem was.
– Nas się nie zaprasza. Pojawiamy się, gdy nadchodzi pora – odpowiedział właściciel jasnego garnituru.
– Mamy mało czasu. Za chwilę będzie tu gorąco – wyjaśnił bez emocji Czarny.
– Jakie gorąco? Wynoście się! – Rozdrażnił go długotrwały ból. – Mam dziś dwa zebrania biznesowe, a potem spotkanie z wolontariuszami. Już grudzień! Trzeba zacząć akcje dobroczynne. Dzieci czekają.
– Nigdzie nie pojedziesz, przynajmniej nie tym samochodem – w głosie Białego wyczuł smutek.
– Polecisz na bombach. Zawiozą cię przy fanfarach syren i błyskach sygnałów świetlnych. Będzie głośno jak u Sylwestra. – Twarz czarnego napełniała satysfakcja.
– O czym ty mówisz! – Odwrócił się gwałtownie i poczuł silne ukłucie. Kątem oka zauważył biegnącą w kierunku samochodu żonę.
„Żeby tylko nie przestraszyła się tych typów” – pomyślał tracąc przytomność.

Ustawało poruszenie w szpitalnej izolatce. Personel udał się do innych obowiązków. Zmęczona wydarzeniami rodzina wróciła do domu. Mikołaj, opleciony licznymi kabelkami łączącymi jego ciało z nowoczesną aparaturą monitorującą, leżał w szpitalnej Sali sam. Tylko stukot białych pantofli pielęgniarki, która zaglądała raz na jakiś czas, aby sprawdzić parametry, zakłócał ciszę. Początek grudnia, a on wyleguje się jak na wczasach. Nigdy tak nie próżnował. Pomyślał, że zerwie z siebie kosmiczną menażerię i samowolnie opuści szpital, ale gdy sięgnął ręką do jednego z czujników, powstrzymała go delikatna dłoń Białego.
– E, e – powiedział, kręcąc zniechęcająco głową.
– Uwiązali cię kolego jak pieska na smyczy – zakpił Czarny.
– To znowu wy? – Zrezygnował z pomysłu.
– Jesteśmy tu, żeby ci pomóc – oświadczył łagodnym głosem właściciel białego garnituru.
– Mów za siebie – Błysk pojawił się w hebanowych oczach.
– Czego chcecie? – zapytał rozumiejąc, że jeśli nie załatwi z nimi sprawy, nie pozbędzie się ich nigdy.
– Ja już w zasadzie mam to, czego chciałem – stwierdził, oparty o parapet okna czarnooki, który z uwagą oglądał swoje paznokcie. – Pilnuję tylko, żeby mi tego nie odebrano. – Brodą uczynił gest wskazujący na Białego. Miał przy tym, tak pogardliwy wyraz twarzy, jakby Biały dopuścił się rabunku na transport humanitarny.
– Panuj nad słowami! Jeszcze nic nie zostało przesądzone – zganił towarzysz.
– O! Czyżbym usłyszał irytację w słowach szacownego kolegi? – zakpił z nieukrywaną satysfakcją.
– Pragnę tylko zauważyć, że…
– Nie kłóćcie się panowie! – przerwał im chory. – Powiedzcie czego chcecie i załatwmy sprawę od ręki.
Obaj spojrzeli na niego z niedowierzaniem. Nie rozumiał położenia, w którym się znalazł. Chciał ich obsłużyć jak zwykłych kontrahentów.
– Nie dogadaliśmy się w interesach i dlatego się mścicie? – przerwał niezręczne milczenie.
– To nie to – zaprzeczył Biały.
– Czyli pieniądze – powiedział z ulgą w głosie. – Chodzi o pieniądze. Czemu od razu się nie zorientowałem? Jak nie wiadomo o co chodzi, to właśnie o kasę. Ile chcecie?
– To mi wystarczy! – W dłoniach Czarnego wyrosła klepsydra, którą zamierzał obrócić pustą stroną ku górze. – Czas minął – oświadczył zadowolony.
– Nie tak prędko. – Przytrzymał przedmiot i zniweczył zamiary kompana Biały.
– Nie słyszałeś?! – oburzył się. Emanujące wcześniej iskrami intrygi smoliste oczy, w tej chwili ciskały gromy. – Chciał nas przekupić! Jakiego dowodu jaszcze ci trzeba?
– Nie zapominaj, że to ty wpakowałeś nas w tę kabałę! Gdybyś mu nie podsuwał okazji do hulanek i krętactw, nie walczylibyśmy o niego jak rozjuczone zwierzęta. I jeszcze ten fortel z Andrzejem! Zawsze wszystko mącisz! – cierpliwość Białego wyraźnie sięgnęła granic.
– Do usług – wycedził ironicznie Czarny. – Po to tu jestem – zauważył. Ukłonił się w pas i uczynił prawą ręką dworski gest.
– Na Boga! – nie wytrzymał Mikołaj. – Mówcie czego chcecie i skończmy tę szopkę. Dzieciaki czekają!
– Zabawne, że wspomniałeś o szefie. To on osobiście nakazał nam cię dokładnie sprawdzić, zanim przesądzimy twoją wieczność.
– Ty… Ty jesteś… – Świadomość, która właśnie dopadła Mikołaja w innych okolicznościach zabiłaby go atakiem serca. W tej chwili jednak, balansował na krawędzi życia i śmierci w stanie śpiączki. – Aniołem?
– Bingo! Nareszcie zrozumiał! – Z zadowoleniem tupnął obcasami czart, aż iskry wzbiły się pod sufit, a pomieszczenie wypełnił zapach siarki.
– Skończ te tanie sztuczki klaunie i bierzmy się do roboty, skoro wszystko jasne. Takimi wywodami nie skończymy do Sylwestra.
– A propos Sylwestra. Pamiętasz tego z dwa tysiące dziewiątego? Schlałeś się jak prosie i zwymyślałeś żonę. Po powrocie do domu pokazałeś teściowej, która opiekowała się twoim dzieckiem drzwi, a na odchodne kopnąłeś jej psa – przypomniał Mikołajowi Czarny.
– Tanie sztuczki ze wzbudzaniem poczucia winy. Znajdźmy przeważający argument i zakończmy sprawę – przerwał zniecierpliwiony anioł.
– Spieszno ci na kawkę do Barbary? – sarkastycznie podkreślił pośpiech anioła Czarny. – Ale dobrze chodźmy.
Marynarka diabła zmieniła się w obszerną, podszytą czerwonym jedwabiem pelerynę, którą wprawnie zakręcił i przeniósł ich do domu Mikołaja.
– Mógłbyś sobie odpuścić te staroświeckie wybryki – zauważył anioł, otrzepując swoje śnieżno-białe ubranie z sadzy.
– Spójrz – zwrócił się do biznesmena, ignorując kolegę czart. – Twój syn. Mikołaj Junior.
Chłopiec siedział przy komputerze w swoim pokoju i zdawał się być nieprzejęty pobytem ojca w szpitalu.
– Nie płacze po tobie.
– Jeszcze nie umarł – zauważył Biały.
– A żona? – Przenieśli się do kuchni.
Kobietę całkowicie zajmowało przygotowanie posiłku.
– Widzisz. Nie ma rozpaczy w twoim domu.
– Zaraz, zaraz – przemówił przez Mikołaja biznesowy instynkt, który podpowiadał mu, że nie wszystko jest, jak powinno. – Mały zazwyczaj gra w gry. – Nie umknęło mu okno przeglądarki, w której chłopiec szukał informacji o ataku serca. – A moja żona nigdy nie gotuje. Mamy gosposię – dodał.
W tym momencie Junior wszedł do kuchni.
– Mamo, czy tata umrze? – spytał w progu.
– Nie wiem dziecko – odpowiedziała i ze łzami w oczach i przytuliła chłopca. – Nie wiem. Zrobiłam naleśniki. Zjesz?
– Nie chcę. Sama zrobiłaś? – dociekał z niedowierzaniem.
– Musiałam się czymś zająć.
Anioł zerknął na diabła i skwitował:
– Zrozumiałeś, że go nie załamiesz? Nie graj na jego uczuciach.
– Dobrze – przyznał. – Wprawdzie czuję nosem, że ktoś mąci moje wysiłki, ale rodzinę zostawię w spokoju.
Kolejny raz zawinął peleryną i znaleźli się w ciasnym, zacienionym mieszkaniu. Przy stoliku na sfatygowanym fotelu siedział i drzemał nieogolony mężczyzna w białym podkoszulku. Na stole stała rozpoczęta butelka wódki, obok leżała poplamiona gazeta otwarta na stronie z anonsami pracy, a na niej przewrócony kieliszek.
– Pamiętasz go? – spytał. Wzrok Czarnego analizował emocje Mikołaja. – Pół roku temu na ważnym dla ciebie bankiecie znowu przesadziłeś z alkoholem. Chciałeś bez podejrzeń wymigać się z imprezy. To kelner, któremu celowo wpadłeś na tacę z trunkami. Wylały się na ciebie, a ty wylałeś go z pracy.
– Pamiętam. Facet drażnił mnie od dawna. Popijał, a potem chrzcił alkohol wodą. Bałem się, że kiedyś potruje mi gości. Ale jak chcesz, to przyjmę go z powrotem.
– Nie będziesz miał okazji.
– Umrę? – skierował odruchowo swoje pytanie nie do rozmówcy, lecz do Białego.
Anioł potwierdził obawę gestem głowy.
– Nie ma już odwrotu? – zrozumiał, że jego odejście zostało przesądzone.
Z rezygnacją osunął się plecami po ścianie wąskiego korytarza. Usiadł i podkulił kolana, a palce zatopił w jasnych włosach.
– Co ja narobiłem? Dlaczego byłem takim samolubem? Umrę i pozostawię bez pomocy te wszystkie rodziny, w których dzieci czekają na święta. Po co dałem im nadzieję? Rozpaliłem ich serca, a swoje zniszczyłem. Nie dbałem o nie i mnie zawiodło. Wiesz co jest najgorsze? – Tym razem spojrzał w ciemne oczy diabła, który odwrócił wzrok, jakby chciał skryć cień współczucia. – Nie pozostawiłem następcy. Nie wiedziałem, że odejdę tak wcześnie. Jestem lekkomyślnym durniem. Zabieraj mnie tam, gdzie moje miejsce.
Speszony Czarny wyciągnął rękę do swojej sztuczki z peleryną.
– Jest twój – zakomunikował aniołowi i zniknął. Za moment pojawił się znowu. – Nie przejmuj się teściową – wskazał palcem na Mikołaja. – Ona i jej zawzięty psiak, dręczą nasz resort do granic wytrzymałości. Wciąż mam w uszach ten wściekły jazgot obojga. Nie dałoby się czegoś zrobić w ich sprawie? – spytał anioła. – Może u was, by spokornieli?
Anioł tylko zaprzeczył głową.
– Tak myślałem – stwierdził i przepadł już na dobre, pozostawiając po sobie znajomy zapach siarki.
– Kuglarz – skwitował popisy Czarnego anioł. – Chodźmy. Czas na nas – ponaglił.
– Do nieba? – zdziwił się Mikołaj.
– Tak.
– A dzieci?
– Nie martw się, pokazałeś innym drogę. Będą cię naśladować.

Reklamy